środa, 31 sierpnia 2016

Poczucie niskiej wartości w związku i nie tylko

Cześć dziewczyny! Nie jestem pewna w, którym dziale umieścić ten kłopot: "chłopcy" czy"psycholgia", dlatego zamieszczę w obu. Postanowiłam zwrócić się do Was ponieważ imponujecie mi swoją wiedzą, życzliwością, dobrem, chęcią niesienia pomocy i tak cennymi, trafnymi poradami. Dziękuję, że jesteście! Śledzę Waszego bloga od około 2011 roku. Z moim problemem zmagam się już od trzech i pół roku, czyli dokładnie od początku szkoły średniej. Obecnie mam 19 lat. Gdy tylko skończyłam gimnazjum, coś jakby we mnie "pękło". Tzn. od zawsze byłam nazywana "dziwną" a z tego powodu ludzie wytykali mnie palcami. Być może sama wmawiałam sobie, że ze mną jest coś nie tak przez co zaczęłam zachowywać się nienaturalnie i prowokować ich do wyśmiewania się ze mnie. Wydaje mi się, że moje dziwactwa (nerwowy śmiech, baardzo dziecinne zachowanie, płacz z błahego powodu) wzięły się z niskiego(zerowego?) poczucia wartości. Od zawsze czułam się jak śmieć. Mój ojciec wymagał od siebie wiele nie dając z siebie nic. Nie oszukujmy się, nie należy od do inteligencji, jest bardzo konserwatywny i jeśli już się na coś uprze, nigdy tego zdania nie zmieni. Do niczego nie dąży, stoi w miejscu, nie czyta, jedyne co robi to narzeka na wszystko i robi awantury, bo wszystko jest nie po jego myśli. Zawsze starałam się robić wszystko jak najlepiej potrafię ale słyszałam tylko, że jestem beznadziejna, zaś od rodzicielki, że wstydzi się mnie, bo "jestem jakaś inna" i nie utrzymuję z ludźmi kontaktu wzrokowego, nie umiem rozmawiać i że jestem niewiele warta. Czułam się przez rodziców niepotrzebna, niechciana, odrzucona. Dokładnie ta sama sytuacja nastąpiła w szkole: klasa w gimnazjum i liceum zawsze trzymała mnie "na uboczu". Rodzice nigdy nie pozwalali mi chodzić na urodziny do koleżanek "bo będę im przeszkadzać", "bo trzeba kupić prezent"(zarabiają na tyle, że mogłabym coś kupić, poza tym inni przynosili drobne upominki, typu czekolada itd. Po prostu są bardzo skąpi). Kiedyś, gdy wyszłam z domu w maju o 15 i wróciłam o 18, mama wściekła się, że zamiast się szlajać, mogłabym się uczyć (jeszcze wtedy miałam dobre oceny, ale później przestałam się starać WE WSZYSTKIM, bo i tak tata sugerował, że jestem zerem). I tak sobie "żyłam" bez przyjaciół, wycofana ze świata. W szkole średniej mama zawsze słyszała na wywiadówkach, że odstaję od klasy, że jestem wrażliwa, nie angażuję się nic. Nie wiedziałam po co mam to robić. Nie chciałam pokazywać się publicznie, bo bałam się wyśmiania, pokazywania palcami. Nauczyciele mimo (już wtedy) marnych ocen, lubili mnie, gdyż byłam skromna, cicha i uprzejma, co na tle innych dziewcząt powodowało kolejny powód do drwin. Usłyszałam, że powinnam się zmienić, bo w dzisiejszych czasach takich ludzi już nie ma. Każdy śmieje się na mój widok (teraz wiem, że to już nie jest przewrażliwienie tylko fakt). Niejednokrotnie usłyszałam o sobie "miła jest, ale co z tego? Nic poza tym". Przez pół roku chodziłam do dwóch psychologów(w tym jedna stwierdziła, że problem leży w rodzicach a nie we mnie) ale nic to nie dawało, a wręcz przeciwnie. Zaczęłam więc "pomagać sobie" na swój sposób. Kupowałam a aptece tabletki bez recepty, żeby na chwilę się oderwać, poczuć inaczej, zapomnieć o otaczającej beznadziei i mojej pustce. Jako że odbiło się to na moim zdrowiu (nigdy nie miałam dobrej pamięci, a przez tabletki jeszcze znaczniej się pogorszyła) postanowiłam przestać. Kolejnym etapem autodestrukcji było odchudzanie się, bo w lustrze widziałam siebie jako olbrzyma, w rzeczywistości dopiero zdjęcie klasowe uświadomiło mi, że jestem jedną ze szczuplejszych osób. Czasem waga po prostu mi zwisa a czasem chcę osiągnąć jakiś ideał (?) i znowu katuję się dietami, żeby mieć chociaż wagę pod kontrolą. O dziwo, nagle relacje z moją mamą poprawiły się ale gdy odwiedza nas siostra - wtedy mama zaczyna traktować mnie jak powietrze. Trudno, cieszę się, że teraz przynajmniej mogę się jej zwierzać, pośmiać się i jest mi najbliższą duchowo osobą. Z tatą niestety jak podejrzewam nie ma szans na poprawę relacji (jedyny sposób to zniknąć z jego życia). Choćbym nie wiem jak się starała - nigdy mnie nie pochwali. A staram się od dawna, w końcu mam prawie 20 lat. Nawet w momencie, gdy dowiedział się o moim odurzeniu tabletkami nie postanowił się zmienić, pomóc mi, tylko wyśmiał mnie gdy prawie wykrzyczałam przez łzy, że nie chce mi się żyć. Okej, to chyba koniec ogólnego opisu sytuacji, teraz przejdę do głównego powodu: dlaczego postanowiłam tu napisać. Mój chłopak. Ma 22 lata. Jesteśmy ze sobą od dwóch lat. Jeśli chodzi o bratnie dusze, "teoretycznie" mam tylko jego. Bo w praktyce... przez niego również czuję się odrzucona. W związku chodzi o to by czuć się bezpiecznie, o to by mieć wsparcie. U nas ani jedno, ani drugie nie wchodzi w grę. Zupełnie nie ma dla mnie czasu, przez cały dzień nie odzywa się a jeśli już to łaskawie napisze jedno zdanie w smsie i na tym koniec. Próbowałam o tym z nim rozmawiać wielokrotnie ale to nic nie zmieniło. Potrafi tylko wykręcać się, że nic nie ma na koncie (równie dobrze może napisać na fb, skoro akurat jest dostępny). Wszystko (przede wszystkim jego własna dziewczyna) jest mu obojętne, nic się nie liczy i o wszystko obraża. Boli mnie takie traktowanie, jednak nie potrafię się z nim rozstać. Kocham go, ale obawiam się, że bez wzajemności (niby zapewnia o uczuciach, ale słowa i czyny nie pokrywają się). Fakt, że różnimy się, nie mamy wspólnych zainteresowań, ale ja staram się mu pomóc w tym czy owym, robię wszystko, żeby czuł się dobrze, myślę nad tym jak możemy razem spędzać czas a on ma to gdzieś. Kiedy jednak (tylko) pytam co sądzi o rozstaniu, mówi, że tego nie chce. Robiłam kilka podejść do tego by się rozstać, po czym dochodziłam do idiotycznych wniosków "wolę być poniżana/nie szanowana niż się rozstać", albo "nie poradzę sobie bez niego. Jeśli go stracę będę musiała jechać na prochach". Czuję się jak uzależniona. Od zawsze wpajano mi, że w niczym nie dam sobie rady, zdechnę marnie więc teraz ciężko zmienić tok myślenia a staram się od ok. 3 lat. Mama radzi mi, żebym urwała kontakt ale ja na samą myśl zalewam się łzami. Kiedyś już prawie do rozstania doszło - przez ten czas nie chciałam wychodzić z łóżka, wyłam, łkałam, dostawałam paranoi, nie chciałam jeść, wychodzić z domu. Uczucie z jego strony chyba już się wypaliło i jest to jedna wielka męka. Chyba ma mnie za kompletne zero. Kochane, przepraszam ogromnie za tak długą wiadomość ale bez opisu sytuacji rodzinnej i dzieciństwa, ciężko by było zrozumieć moje zachowanie w związku z oraz charakter.
Całuję gorąco, M.  


Droga M!
Uważam, że Twoim głównym problemem jest poczucie niskiej wartości. A co to jest poczucie własnej wartości? Słownik psychologii twierdzi, że poczucie własnej wartości(inaczej samoocena) jest to postawa wobec siebie lub własna opinia na swój temat czy też ocena samego siebie (...). 
Przyczyną Twojej niskiej samooceny są wpojone w dzieciństwie negatywne komunikaty. Takie negatywne komunikaty są jak wgrane w umysł informacje, które dają o sobie znać nawet w życiu dorosłym. Jestem nieważna. Jestem gorsza. Nienawidzę siebie za to, że jestem gorsza i nieważna.
Podświadomość od pierwszych sekund Twojego życia zbiera fakty, analizuje je i składa jak cegły w murze. Buduje Twoje wewnętrzne przekonanie o tym jaki jesteś, jacy są ludzie i jaki jest świat. I zalewa betonem. W trakcie, kiedy dorastałaś, zamieniłaś rodziców na wewnętrznego krytyka.

Chcesz się ukarać za to, jaka jesteś. Bo tak Ci podpowiada Twoja podświadomość. Stąd biorą się wszystkie Twoje problemy z samooceną, podejmowaniem decyzji, zawieraniem nowych znajomości. Stąd zaburzenia odżywiania i uzależnienie od leków.
Alkohol, narkotyki, a także leki uspokajające nie dają wolności, tylko chwilowe złudzenie. Twoja podświadomość chciała stworzyć dla Ciebie bezpieczny wewnętrzny dom, ale miała do dyspozycji tylko wybrakowane materiały. W którymś momencie zaczynasz szukać wsparcia i wtedy sięgasz po alkohol, papierosy, narkotyki lub odurzasz się lekami, bo dzięki temu przestajesz widzieć, że Twój wewnętrzny dom upada. Przestajesz się tym przejmować. Twoja podświadomość nie wie, że może budować wewnętrzny dom z czegoś innego. Nie można pragnąć czegoś, o istnieniu czego nie ma się zielonego pojęcia.

Poczucie niskiej wartości w związku
Mam wrażenie, że pragniesz odnaleźć spokój, szczęście, radość w ramionach mężczyzny, który Cię pokocha. Twoja podświadomość upiera się, że odzyskasz poczucie bezpieczeństwa kiedy będziesz przytulona. Większość ludzi z niską samooceną cechuje poszukiwanie bezpieczeństwa. Takie osoby odnajdują fałszywe bezpieczeństwo w posiadaniu swojej drugiej połówki, ale to wszystko może w pewnym momencie zniknąć. Twój chłopak może Cię zostawić. Mając niskie poczucie własnej wartości jesteśmy mniej wymagający, godzimy się na coś, co nam nie do końca odpowiada - na nie dość dobry związek, na nie dość dobrą pracę. Machniemy ręką, no dobrzeno okej, ale nasz środek czuje, że coś jest nie tak, dlatego osoby z niską samooceną często tkwią w toksycznych związkach. Umieją wyłumaczyć sobie to co im się nie podoba, ignorują sygnały, które powinny być ostrzeżeniem. Nie potrafią odejść, a ich samoocena z każdym dniem zamiast się podnosić, w takim związku się obniża.
Jeśli nie miałaś mocnego poczucia bezpieczeństwa, w podświadomości zapisuje się rada na przyszłość: nie pozwolić na rozstanie. Nie ważne, że nie macie wspólnych zainteresowań i nie spędzacie ze sobą czasu dla przyjemności. Najważniejsze, że jest. Nieważne jaki. Dobry czy zły, miły czy zamknięty w sobie, troskliwy i pomocny czy obojętny. WAŻNE, ŻE JEST. Tkwisz w związku, z którego nie jesteś zadowolona, ale myślisz, że nie może być lepiej. Kochasz go, ale niezupełnie. Chcesz z nim być, ale mogłabyś też być z kimś innym. Podświadomie używasz swojego partnera, żeby się lepiej poczuć, oczekujesz, że on wypełni Twoje braki. Ale skoro nie potrafisz kochać samej siebie - tym bardziej drugiej osoby.

Tylko ta miłość, którą Ty sobie samej dasz - bezwarunkowa - uleczy Twoją samotność i pragnienie uczucia. Posłuchaj, może już to gdzieś słyszałaś, ale żeby stać się pełną osobą, która jest w stanie przyjąć miłość i wspólnie ją z kimś budować, musisz najpierw pokochać sama siebie. Brzmi jak oklepany frazes? Ale to jest najprawdziwsza prawda. Inaczej będziesz szukać kogoś, kto wypełni Twoją piekącą pustkę i samotność. Ale Twojej samotności nigdy nie będzie w stanie ukoić nic i nikt oprócz Ciebie, bo ta samotność nie wynika z braku drugiej osoby.

Jak zacząć pracować nad niskim poczuciem własnej wartości?
Nie da się zbudować poczucia wartości w kilka dni. Jest to długi proces, który wymaga sporo pracy. Ale zastanów się, czy już zawsze chcesz być ofiarą? Punktem wyjścia do jakiejkolwiek zmiany jest to, żeby stać się przyjacielem samego siebie.
Najprostszy sposób polega na zastosowaniu tej samej metody, którą Twoja podświadomość stosuje od lat, czyli powtarzającej się, zawsze tej samej i niezmiennej informacji. Może to być np.: lubię cię lub kocham cię - mówione do swojego odbicia we wszystkich lustrach, jakie napotkasz. Do lustra w szafie, łazience. Do swojego odbicia w witrynie sklepu. Do lusterka w puderniczce. Kocham cię. Lubię cię.
Z upartością osła, codziennie od nowa, przesyłaj do swojej podświadomości nowe komunikaty. 
Jesteś wystarczająco dobra. Jesteś ważna. Nie musisz być silna. Nie musisz się starać. Nikt nie musi Cię "akceptować". Nie musisz być idealna. Nie musisz prosić o potwierdzenie Twojej wartości. Nie musisz być chuda. Pojawiłaś się na Ziemi, bo będziesz komuś bardzo potrzebna. Jesteś tutaj, bo miałaś tu być. Jesteś RÓWNIE DOBRA jak inni ludzie. Nie jesteś od nich ani LEPSZA ani GORSZA. Jesteś RÓWNIE DOBRA. Nieważne co robią inni. Masz prawo żyć. Masz prawo żyć tak jak chcesz.
Co czujesz, kiedy czytasz te słowa? Czujesz ulgę? Radość? Twoja podświadomość może wysłać Ci pozytywny komunikat, przekonanie o tym, że to jest słuszne. Ale w najbliższej stresującej sytuacji natychmiast sięgnie po Twoje stare myśli, strach, niechęć. Dlatego musisz być uparta.
Musisz się mocno postarać, żeby wyprostować te różne fałyszwe przekonania, które w sobie nosisz. Musisz być uparta jak osioł. Codziennie. Od początku i na nowo, bo kiedy tylko przestaniesz dbać o swoje myśli, one natychmiast przybiorą poprzedni kształt. Twoja podświadomość będzie się buntować, będzie protestować i będzie usiłowała wciągnąć Cię z powrotem w stare przyzwyczajenia. Będzie sięgać po Twoje stare przekonania, bo innych nie zna. Jeżeli będziesz jej podsuwała łatwe do zrozumienia argumenty, przyzna Ci rację. Dlatego musisz być wytrwała. Zwracaj uwagę na to co oglądasz, czego słuchasz i co czytasz. Nie próbuj wymazać niczego ze swojej podświadomości. Nie uda się. Codziennie od nowa, przesyłaj do niej nowe komunikaty. Odsyłam Cię też do tego postu: http://nasze-babskie-sprawy.blogspot.com/2015/11/jak-byc-pewnym-siebie-walczymy-z-niska.html

Szukaj rozwiązań, które podniosłyby Twój poziom zadowolenia z życia. Czytaj o tym problemie. Wykonuj ćwiczenia. Chcieć to za mało. Musisz nad tym pracować. 

Wytrwałości :),
Alyssa.

sobota, 23 lipca 2016

Kto pierwszy ten... lepszy? - Czyli czy i jaki wpływ na przyszłość dzieci ma kolejność ich rodzenia się.

Nie trzeba być szczególnie dobrym obserwatorem, aby stwierdzić, że dzieci w rodzeństwach się od siebie różnią. Starsi zazwyczaj są opiekuńczy, odpowiedzialni, młodsi zaś - często są bardziej skupieni na sobie i dziecinni niż ich bracia czy siostry. To jednak wyłącznie wierzchołek góry lodowej, bo jak twierdzi wielu psychologów dziecięcych i terapeutów, cech determinowanych przez to w jakim wieku jesteśmy my, a w jakim nasze rodzeństwo, jest wiele, wiele więcej.

Zacznijmy od pierworodnych, czyli najstarszych dzieci. Często można usłyszeć głosy, że pierwsze dziecko jest wychowywane przez niedoświadczonych jeszcze rodziców, metodą prób i błędów a także trzymane pod kloszem, aby zachować je od każdego niebezpieczeństwa - nawet takiego, o jakim młody rodzic nie ma pojęcia. Dlatego właśnie, najstarsze dzieci zazwyczaj są odpowiedzialne, dojrzalsze niż rówieśnicy. Cechy te wynikają jednak także z tego, iż bardzo wcześnie doświadczają fundamentalnej zmiany i muszą sobie z nią poradzić, w zasadzie bez czyjejkolwiek pomocy - tak, mam na myśli pojawienie się rodzeństwa. Do tej pory, dziecko było jedynakiem, więc cała miłość i troska rodziców przelewana była tylko i wyłącznie na nie. Przyjście na świat brata lub siostry (czyli potencjalnego złodzieja rodziców ;) ), jest poważnym wyzwaniem dla małego człowieka. Od tej pory, bez względu na to, czy ma 4 czy 10 lat, będzie musiał się opiekować młodszym rodzeństwem i stanowić dla niego przykład. Niezależnie od tego, czy rodzeństwo pozostanie dla niego wrogiem czy z czasem zmieni się w kochanego przyjaciela, już zawsze dziecko będzie przejawiało tendencje do przewodniczenia, wytykania błędów innym oraz uznawania, że z pewnością jego opinia jest najprawdziwsza i najwspanialsza.
Najstarsze dzieci, czasem bywają też ofiarami nadmiernych ambicji rodziców. Mają stanowić przykład dla innych, być najzdolniejsze, najmądrzejsze i po prostu "naj". Dlatego też, w przyszłości mają skłonności do pracoholizmu i nadmiernej ambicji. Istnieje także teoria, że zawsze będą stawiać sobie cele wyższe niż są w stanie osiągnąć, ponieważ tak jak jedynacy, we wczesnym dzieciństwie przebywali głównie w towarzystwie osób dorosłych i chcieli robić wszystko dokładnie tak jak oni, a nie jak inne dzieci. Ciekawostkę stanowi fakt, że według najnowszych badań, 43 procent szefów największych konsorcjów w Stanach Zjednoczonych to właśnie "najstarsze dzieci".

Dzieci środkowe, ale nie średnie ;) . Drudzy, czy po prostu "nie-najmłodsi" potomkowie, często uważani są za "największych przegranych", ponieważ nie mają przywilejów typowych ani dla najstarszego ani najmłodszego dziecka. Mówi się natomiast, że plusem tej sytuacji jest rzekoma największa wolność i swoboda w porównaniu do reszty rodzeństwa.
"Środkowi" wyrastają podobno na najlepszych dyplomatów, ponieważ często są negocjatorem pomiędzy starszym a młodszym rodzeństwem. Z łatwością potrafią się w dorosłym życiu przyzwyczajać do określonych sytuacji, a także akceptować (niemalże bezkrytycznie) to jaki jest ich los. Wynika to w dużej mierze z faktu, iż w dzieciństwie postrzegani byli zarówno jako młodszy i starszy brat/siostra, a więc byli na coś wystarczająco, bądź niewystarczająco duzi. Niestety, cecha ta może ewoluować w brak poczucia własnej wartości czy zanik pewności siebie. Często bowiem "środkowemu" rodzice nieświadomie poświęcają najmniej uwagi, dziecko nosi ubrania po starszym bracie czy siostrze, bawi się ich starymi zabawkami - to wszystko sprawia, że może myśleć, iż jest najgorszy czy najmniej istotny spośród wszystkich dzieci, co najpewniej będzie rzutować na całe jego dalsze życie.

Dzieci najmłodsze czyli tzw. "maskotki". Absolutni ulubieńcy rodziny, zazwyczaj zawiesza się im poprzeczkę dużo niżej niż innym. Mają o tyle dobrą sytuację, że w chwili kiedy rodzice zdecydują się nie mieć już więcej potomstwa, najmłodsi otrzymują coś w rodzaju biletu do krainy wiecznego dzieciństwa :) Nikt już najpewniej nie zagrozi ich pozycji, nie staną się "środkowymi" i do końca życia, wiele rzeczy będzie im z łatwością odpuszczanych i wybaczanych "bo przecież są jeszcze młodzi". Niestety zazwyczaj owocuje to tendencją do spóźniania się, tzw. bylejakości, wyręczania się innymi. Z cech pozytywnych: najmłodsze dzieci są optymistami, nic nie stanowi dla nich tragedii, charakteryzują się ponadto wielkim urokiem osobistym, który poniekąd rekompensuje ich wady.

Oczywiście, podane przeze mnie charakterystyki to statystyki i wyniki wszelakich badań naukowych. W teorii więc, powinno się im wierzyć, ale należy pamiętać, że człowiek jest stworzeniem, które nie pasuje do schematów jak mało co ;) Dlatego też nie uznawajmy naszej pozycji w stosunku do rodzeństwa za wyrocznię i coś co decyduje o naszym przeznaczeniu na amen - koniec końców to my wybieramy czy będziemy wiecznie spóźniającym się najstarszym, pesymistycznym najmłodszym czy ukochanym i niepokornym środkowym dzieckiem :)

Polina :)

sobota, 16 lipca 2016

Spotkanie na szczycie - Czyli pierwsza wizyta chłopaka w naszym domu

Związanie się z nową osobą oznacza nie tylko całą serię cudownych chwil i rzeczy, które owocują motylkami w brzuchu, ale także długi i skomplikowany proces poznawania się. Stety czy niestety, poznawanie to, zazwyczaj nie odbywa się wyłącznie pomiędzy nami i chłopakiem, ale także rodzicami. Zazwyczaj dość szybko zaczynają oni dopytywać kim jest nasza nowa "sympatia". Oczywiście, możemy te pytania ignorować czy na nie nie odpowiadać, ale nie ma to większego sensu, bo po prostu prędzej czy później go jakoś gdzieś z nami zobaczą i dowiedzą się czego będą chcieli. Dlatego też, warto zorganizować takie spotkanie wcześniej i "rozegrać" je tak, aby przebiegło jak najlepiej. Jak więc to zrobić?

Przede wszystkim, pierwsze takie spotkanie w zdecydowanej większości przypadków nie polega na siedzeniu przy stole i permanentnym odpowiadaniu na pytania. Najczęściej po prostu chłopak zjawia się w naszym pokoju i pozostaje "na widoku" przez 5 minut po czym znikamy w swoim pokoju. Całe pierwsze spotkanie chłopak-rodzice, opiera się więc na szybkim uściśnięciu dłoni, wymianie 3,4 zdań i ewentualnie przynoszeniu przez mamę do naszego pokoju herbaty :) Na sam początek to wystarczy! Zaspokoi to nieco ciekawość rodziny i nie zmusi chłopaka do odpowiadania na pytania, które w gruncie rzeczy mogą wszystkiego dotyczyć. Oczywiście jednak, także do takiego ekspresowego spotkania warto się odpowiednio przygotować.
Po pierwsze, dobrze jest z wyprzedzeniem zacząć opowiadać o chłopaku w domu. Nie musi to być rzecz jasna dwugodzinny wykład, podczas którego przedstawimy jego CV a także plany na przyszłość (chociaż w sumie, czemu się nie pochwalić jeśli obiekt naszych westchnień jest perfekcyjny..? ;) ). Wystarczą jakieś zdawkowe informacje, na temat tego kim jest, czym się interesuje, czy skąd się znamy. Dzięki temu, będziemy stopniowo wtajemniczać rodziców i nie rzucimy ich na głęboką wodę, gdy faktycznie go poznają. Co ważne, dobrze jest też delikatnie napomknąć o kwestiach drażliwych (odmienne poglądy polityczne, religia, itp.), czy uprzedzić o tym, że chłopak przykładowo stracił jednego z rodziców w wypadku. Dzięki temu, podczas spotkania prawdopodobieństwo, że padnie jakieś pytanie czy uwaga, która może wywołać nieprzyjemną reakcję, jest zdecydowanie mniejsze. Co ważne: takie wtajemniczanie, powinnyśmy też zastosować względem samego chłopaka. Jeśli w naszej rodzinie jest jakiś temat, który niekoniecznie wywołuje uśmiech na ustach - uprzedźmy go o tym.
Po drugie: ubiór. Oczywiście nie mam na myśli garniturów i lakierków, ale zasugerujmy naszej drugiej połówce, żeby nie przyszła ubrana w być może modne, ale jednak całkowicie poszarpane dżinsy, które nie wzbudzą zachwytu mamy. Nie chodzi o elegancję, ale schludność. I to też nie taką jak my ją rozumiemy, ale taką o jaką mniej więcej chodzi naszym rodzicom. Nie przesadźmy też w drugą stronę - metamorfoza heavymetalowca w czarującego młodego mężczyznę w koszuli i marynarce, jest bezsensowna, bo przecież nie chodzi o to, żeby zmieniać chłopaka na siłę. Jeśli jednak nasza sympatia nie będzie szczególnie skłonna do współpracy w tym aspekcie, to po prostu przygotujmy na to wcześniej rodziców. Zapowiedzmy, że chłopak ma swój konkretny, specyficzny styl ubierania się i jest to po prostu część jego osobowości. To rozwiązanie ma dodatkowo ten plus, że nawet jeśli na parę godzin chłopak zrezygnowałby z glanów i kolczyka w nosie, to przecież nie możemy wymagać, żeby to robił za każdym razem gdy do nas przyjdzie, a tym samym, rodzice tak czy tak się zorientują jaki jest naprawdę.
Po trzecie: na samym początku postarajmy się nie pozostawiać chłopaka "sam na sam" z rodzicami na dłuższą chwilę. Wiem, że brzmi to idiotycznie, ale jeśli musimy na chwilę wyjść do drugiego pokoju, czy odebrać telefon, to byłoby dużo lepiej gdybyśmy się upewniły się, że są oni w trakcie jakiejś dyskusji na jakikolwiek temat. Powszechnie wiadomo, że najgorzej jest zacząć ( i tyczy się to zarówno chłopaka jak i rodziców), a niezręczna cisza, gdy nie wiadomo o czym rozmawiać, nie jest najfajniejszą rzeczą na świecie.
Po czwarte: wyluzujcie :). Nie bierzesz z nim za chwilę ślubu i choć pierwsze wrażenie jest bardzo ważne, to w razie czego, da się je jakoś poprawić. Poza tym, dla rodziców przede wszystkim najważniejsze jest to, czy chłopak traktuje Cię dobrze i czy jesteś szczęśliwa w jego towarzystwie, a przecież gdyby tych dwóch rzeczy nie było, to nie przyprowadzałabyś go chętnie do domu, prawda? :)

Powodzenia dziewczyny!
Polina

poniedziałek, 4 lipca 2016

Zmasowany atak - czyli jak przetrwać rodzinne spotkanie?

Witajcie dziewczyny :) Na początek może drobna informacja: jestem Polina, aktualnie przebywam na NBS na okresie próbnym (choć mam nadzieję zostać tu na dłużej :) ) i będę zajmowała się sprawami związanymi z rodziną.

Jako że, obecnie nie ma pytań związanych z moją "działką", ten wpis poświęcony będzie kwestii, która często spędza nam sen z powiek i przyprawia o dreszcze - spotkaniach rodzinnych.
Myślę, że zdecydowana większość z nas, musiała choć raz przetrwać gradobicie pytań padających ze strony babć, cioć i wujków. "Jak w szkole?", "Czy masz już chłopaka?", "A co byś skarbie chciała w przyszłości robić?" - te zdania padają w każdą Wigilię, Niedzielę Wielkanocną, czy imieniny. Jak sobie z tym dać radę?

Ustalmy może na początku jedno: takie rodzinne uroczystości, wbrew pozorom nie są, a przynajmniej nie muszą być katorgą. Jeżeli przeczytacie wspomniane przeze mnie wcześniej pytania, dojdziecie najpewniej do wniosku, że w gruncie rzeczy nie są aż tak straszne. Ok, trochę może wścibskie, ale pamiętajcie, że osoby które je zadają po prostu się o nas troszczą i chcą okazać zainteresowanie tym, co się u nas dzieje. Jak więc sobie z nimi poradzić? Po prostu na nie spokojnie odpowiadać, uprzednio przygotowując odpowiedzi na tego typu pytania. Najlepiej by było, gdyby nie były w pełni wymijające, ale też nie prowokowały krewnych do ciągnięcia tematu. Dobrym rozwiązaniem jest też przygotowanie sobie jakiegoś tematu, który byłby dla nas łatwiejszy, a do którego możemy łatwo przejść w razie potrzeby. Przykładowo: na pytanie "Co byś chciała robić w przyszłości?", możemy odpowiedzieć "Nie jestem jeszcze pewna, na razie staram się rozwijać swoje pasje i może jakoś to dalej pociągnę. Zapisałam się na przykład do kółka fotograficznego...." Dalej po prostu zaczynamy bardziej lub mniej drobiazgowo opowiadać o tym hobby. Wtedy opcje są dwie: albo znajdziemy w rodzinie jakiegoś sprzymierzeńca, który co prawda będzie dalej z nami rozmawiał, ale przynajmniej na jakiś sensowny temat, albo (co jest nawet bardziej prawdopodobne) po prostu ktoś znudzony naszym monologiem, wtrąci się i zmieni temat zdejmując z nas ciężar prowadzenia rozmowy. W najgorszym wypadku, zawsze można przypomnieć sobie powiedzenie, że "najlepszą obroną jest atak", czyli po prostu zapytać kogokolwiek o cokolwiek. Wiem, brzmi idiotycznie, ale skoro wszyscy mogą nam zadawać pytania o prywatne rzeczy, to czemu my nie możemy odbić piłeczki i zapytać kogoś jak mu się układa w pracy, albo czy ich pupil ma się dobrze. Nie ma szans, żebyśmy nie były w stanie wymyślić czegoś co będzie dotyczyć choć jednej osoby przy stole. Najprawdopodobniej temat zostanie podchwycony i nie będziemy dalej terroryzowane nawałem pytań.
Inny sposób: spróbujmy znaleźć jakąś osobę z rodziny, którą lubimy i z którą nie krępujemy się rozmawiać. Istnieje mniejsza szansa, że ktoś "nieproszony" spróbuje nas zagadać gdy zobaczy, że jesteśmy czymś pochłonięci. Jeżeli to nie wypali to można też iść bardziej radykalną ścieżką i starać się w ogóle nie dopuścić do zadania nam choćby najzwyklejszego pytania. Po prostu szukamy sobie zajęcia, na przykład przy podawaniu obiadu, zmywaniu naczyń czy opiekowaniu się młodszym rodzeństwem czy kuzynostwem.
W ekstremalnych przypadkach, jeżeli nie mamy na kogo liczyć, wszystkie naczynia są już posprzątane, dzieci świetnie bawią się same a pies gospodarzy nie garnie się do wyjścia na spacer, po prostu możemy udać się do innego pokoju i spróbować poczytać książkę czy po prostu jakkolwiek zająć się sobą. Tak jak natomiast mówiłam, jest to opcja absolutnie ostateczna, bo przecież nie chodzi nam o to, żeby przesiedzieć Wigilię w samotności, prawda?

Jest jednak jeszcze jedna, bardzo ważna rzecz. Wiem, że czasem takie uroczystości nie są frajdą jakiej się wyczekuje, ale czy naprawdę, raz na jakiś czas nie możemy choć spróbować spędzić trochę czasu ze swoimi bliskimi..? Powyższe rozwiązania w gruncie rzeczy nie rozwiązują niczego, a są jedynie metodami ucieczki od czegoś, co przecież nie jest końcem świata. Choć brzmi to kiczowato i fałszywie, doceńmy fakt, że komuś na nas zależy i stara się uczestniczyć w naszym życiu. Zanim więc na dobre skreślimy takie spotkania z listy rzeczy, które jesteśmy w stanie znieść bez większego wysiłku, zastanówmy się czy takie unikanie rozmów nie jest czasem pójściem po linii najmniejszego oporu. Dajmy szansę swoim bliskim - być może to całkiem fajni ludzie..? ;)

Polina

piątek, 24 czerwca 2016

Nadmierna potliwość III

Nie jestem pewna, czy to dobry dział, ale zaryzykuję. No więc niedługo mam obóz i potrzebuję możliwie najszybszej odpowiedzi. Od około 2 miesięcy, mniej więcej od kiedy zaczęło się robić ciepło zaczęłam się strasznie pocić. 2 razy bardziej niż inni. Jest to krępujące, bo pod pachami mam takie ślady, a moja twarz się świeci. Nie mogę się cieszyć latem, bo ciągle jestem w obawie, że ktoś to zobaczy. Co mogę z tym zrobić no i czy to nie jest objawem jakichś zaburzeń, lub choroby
Powiem też, że mam w grudniu 15 lat, jeśli to ma jakieś znaczenie.
Cola



Droga Colu,
chociaż pocenie się do najprzyjemniejszych odczuć nie należy, a i zbyt estetycznie nie wygląda, to same ten proces jest bardzo ważny dla organizmu. Dlatego, nawet jeśli tego nie odczuwamy, pocimy się praktycznie cały czas. W znacznej części jest to jednak woda, z tylko niewielką domieszką innych substancji. Dzięki temu organizm usuwa niepotrzebne toksyny oraz utrzymuje odpowiednią temperaturę ciała. Tak przynajmniej to wygląda w teorii.

Nadmierna potliwość 

Czasami organizm jest zmuszony wydzielać więcej potu. Najbardziej popularne to właśnie w sytuacji przegrzania, w stresie, podczas przeziębienia. Przyczyn jest jednak trochę więcej, szczególnie tych chorobowych. Nadmierna potliwość występuje podczas problemów z tarczycą, nerkami, razem z cukrzycą czy gruźlicą oraz przy problemach natury psychicznej (reakcja na silny stres).

Jak sobie radzić?

Zacznijmy od samego początku. Nieprzyjemny zapach towarzyszący potowi jest wynikiem rozkładania się bakterii w kanalikach potowych. Należy więc szczególnie dbać o higienę, a do kąpieli wybierać produkty antybakteryjne. Owłosienie również wspomaga zatrzymywanie i wydzielanie potu.

Tworzywa sztuczne utrudniają oddychanie skórze, najlepiej więc nosić przewiewne, bawełniane ubrania.

Dieta bogata w sól oraz ostre potrawy wspomaga pocenie.

Antyperspiranty/blokery, roll-on, a może... kryształy?

W drogeriach i aptekach jest tego mnóstwo. Zostaje pytanie: co wybrać? Na różnych ludzi działają różne produkty, więc wybranie czegoś dla siebie może zająć dużo czasu. Postaram się pomóc szukać.

Antyperspiranty/dezodoranty zapewne są nam wszystkim znane. Dlatego też również ich wybór jest tak wielki. Produkty dostępne w drogeriach sprawdzają się, jeśli zależy nam na codziennej ochronie, przy umiarkowanej potliwości i lubimy, kiedy produkt ładnie pachnie. Jeśli jednak, tak jak w Twoim przypadku, pocimy się nadmiernie, lepiej wybrać się do apteki. Produkty w niej są droższe, jednak skuteczniejsze, skoncentrowane na zatrzymaniu pocenia.

Produkty roll-on całkowicie blokują kanaliki potowe na wybranej powierzchni. Zazwyczaj stosuje się je przed pójściem spać, a dostępne są jedynie w aptece. To dobry wybór, jeśli zależy ci na pewnym zatrzymaniu pocenia.

Kryształy nie blokują pocenia lub jedynie w niewielkim stopniu. Ich zadaniem jest neutralizacja nieprzyjemnego zapachu. Warto są nad nimi zastanowić, jeśli samo pocenie nam nie przeszkadza, a jedynie chcemy pozbyć się zapachu. Niewątpliwym plusem kryształów jest to, że są w pełni naturalne i nie powodują podrażnień/reakcji alergicznych skóry.

Jak wspomniałam, produktów przeciw potliwości jest wiele. O wiele za dużo, aby o nich wszystkich pisać w notce. Konkretne marki i ich oferty możesz sprawdzić TUTAJ. Osobiście polecam Ci firmę Ziaja (testowane na własnej skórze ;>), jednak wybór masz spory.

W przypadku potliwości twarzy już nie jest tak lekko. Najlepiej działać delikatnie - zainwestować w kapelusz z rondem, a potu pozbywać się chusteczkami (+bibułki).  Podczas wieczornej toalety należy poświęcić skórze twarzy więcej uwagi - aby dokładnie oczyścić ją z potu.

Na temat potliwości powstały już dwie notki:

W jednej z tych notek są wyjaśnione chirurgiczne sposoby radzenia sobie z nadmierną potliwością (dlatego nie poruszałam tego tematu w tej notce) oraz rozpoznanie chorób związanych z potliwością. 


Sporo czasu minęło od kiedy pisałam notkę ze Zdrowia, mam jednak nadzieję, że chociaż trochę pomogłam. Jeśli wciąż masz wątpliwości, pisz śmiało, a dalej postaram się coś radzić :).


Pozdrawiam,
Lullaby

środa, 22 czerwca 2016

Więcej informacji

Yo!
Od razu do rzeczy, bo wszyscy jesteśmy zarobionymi ludźmi. Albo w większości.
Działy odblokowane. Polecam jednak brać pod uwagę fakt, że autorek wciąż do nich brak. Dlatego jeśli zadajecie pytanie, nie wiadomo, kiedy uzyskacie odpowiedź. Możliwe, że dobre duszyczki z Jeepa pomogą w innej kategorii, ale nie muszą. Wyzerowanie działów zwiększa jednak szansę, na szybsze uzyskanie odpowiedzi. I odciąża przyszłą autorkę. Podsumowując: zadając pytanie w działach bez opieki, zwróćcie uwagę, ile jest już pytań i uzbrójcie się w cierpliwość.

Inaczej sprawa ma się z działem Chłopcy, który jako-taką opiekę ma. Ale jest to tylko jeden AUTOR na cały dział. Nie polecam oczekiwać zbyt wiele. Nie dlatego, że nasz autor - Autor źle sobie radzi (moim zdaniem nieźle wojuje), ale pytania do Chłopców wymagają wiele wysiłku oraz zazwyczaj jest ich więcej niż w innych działach. A autorzy też ludzie i jak się za dużo problemów naczytają, to muszą odpocząć. Dlatego powinna być ich tam co najmniej dwójka.

Chłopcy też jednak odblokowani, więc pytać możecie, ale również - pomyślcie o czasie. Jeśli zadałyście już pytanie, dajcie znać, czy jest aktualne.


Pozdrawiam!
Lullaby


Dzisiaj bez Spongeboba :<
Szablon wykonała prudence. z Panda Graphics. Credits: x | x